Wieczorami myjemy razem zęby. Płucząc usta podnoszę głowę do góry i gulgotam „Star Spangled Banner”. Igor patrzy na mnie z lekką dezaprobatą. - Chodzi o to, synu - tłumaczę. - Chodzi o to, żeby wydobyć z siebie dźwięk, w którym słychać bomby lecące na Wietnam, tak, jak to zrobił Hendrix podczas festiwalu w Woodstock.
O nic nie pyta, nie dyskutuje, a przecież zwykle ma setki wątpliwości i każdą próbuje wyjaśnić. Amerykański hymn w moim wykonaniu zbywa milczeniem i czuję, że rzecz nie w tym, że jeszcze nie rozumie, bo jest za mały, ale w tym, że nie akceptuje i nie ma ochoty mnie naśladować. Nigdy nie będzie taki, jak ja. Zbuntuje się kiedyś do końca i pójdzie własną drogą.
Jak Hendrix.
Nie ma złych pytań, są tylko złe odpowiedzi – autora tego porzekadła chętnie zatrudniłbym do rozmów z Igorem, niech udowodni, że ma rację.
- Co się dzieje? - pyta Igor.
- Nic - odpowiadam.
- A po co nic? - drąży dalej.
- A dlaczego nie? - bronię się brawurowo, więc wraca do oglądania bajki o Kreciku.
Nie wiem, jak długo będę umiał odpierać tego rodzaju ataki, skoro już teraz na jego pytania odpowiadam posiłkując się nędznymi chwytami retorycznymi, a nie poważnym argumentami.
- Rozmowa jest jak pojedynek na śnieżki – mówi stare chińskie przysłowie. - Wygrywa ten, który szybciej się uchyla, zręczniej lepi kulki, celniej rzuca i ma grubszą kurtkę.
- Przecież działała – Matka Mojego Dziecka pochyliła się z troską nad drukarką, która nagle przestała reagować na polecenia.
Potraktowałem drukarkę brzytwą Ockhama, czyli maksymą, która mówi, że „Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę”, mam bowiem świadomość, że mój wybitny antytalent manualny sprowadziłby na to urządzenie jeszcze większe nieszczęście. – Będę drukował w pracy – znalazłem rozwiązanie.
Potem wziął się za drukarkę wujek Bob Budowniczy, wybitny talent techniczny mający na koncie projekty ogromnych i dziwnych budowli. Próbował włączyć, drukarka nie zareagowała. – Przecież działała – dopingowała go Matka Mojego Dziecka. – Ale nie działa – rozłożył ręce wujek Bob.
Wezwaliśmy na ratunek wujka Neo, superinformatyka. Popatrzył, spróbował włączyć. – Ona jeszcze niedawno działała – zaznaczyła Matka Mojego Dziecka. – Urządzenie działa, dopóki się nie zepsuje – stwierdził wujek Neo i zalecił wizytę w serwisie.
- Przecież ona działała – powiedziała ciocia Netka, która akurat koniecznie musiała skorzystać z drukarki. Rozkręciła ją pilnikiem do paznokci, wyciągnęła opakowanie po batoniku „Milky Way”, które wcisnął tam Igor, jakieś blaszki, a niezidentyfikowane lepkie substancje zmyła moją brandy, którą chowałem na czarną godzinę. Drukarka ożyła.
„Wiara i kobieta uzbrojona w pilnik do paznokci czynią cuda” – mówi stare chińskie przysłowie.
Stryj próbował podstępnie zabić bratanka, ale mu się nie udało, więc zabił brata i wygnał malca.
Jednemu wymordowano rodzinę, drugiego rodzina podstępnie opuściła, a trzeci był zdrajcą i dążył do zamordowania dwóch pierwszych.
Kalekie dziecko zostało porwane. Wcześniej zginęła jego matka i rodzeństwo.
„Króla lew”, „Epoka lodowcowa”, „Gdzie jest Nemo”. Jeśli to są filmy dla dzieci, to od dziś interpretuję „Ojca chrzestnego” jako przypowieść familijną, „Terminatora” jako wyraz zachwytu dla postępu technicznego, natomiast „Urodzeni mordercy” to przecież film o miłości pokonującej wszystkie przeszkody.
Senator Kerry debatujący morderczo z prezydentem Bushem i prezydent Bush dyskutujący zażarcie z senatorem Kerry, poseł Giertych atakujący prezydenta Kwaśniewskiego i prezydent Kwaśniewski wściekający się na posła Giertycha, piszący raport na premiera Millera poseł Ziobro i premier Miller odgryzający się wściekle za tezy raportu posłowi Ziobro – oni wszyscy powinni pamiętać, że kiedyś mogą stać się ofiarami efektu muchy.
Matka Mojego Dziecka i ja uczyliśmy Igora odpowiadać na pytanie: „Jak masz na imię?” i osiągneliśmy już całkiem przyzwoite efekty - Igo – odpowiadał od czasu do czasu mały. Potem jednak wpadł z wizytą wujek Neo i równocześnie mucha wleciała przez otwarte drzwi balkonowe. – Mucha - powiedział wujek Neo. – Mucha - powtórzył bezbłędnie Igor. Pogawędziliśmy, wypiliśmy z wujkiem po piwie i postanowiłem się pochwalić moim synem. – Jak masz na imię? – zapytałem. – Mucha - podpowiedział wujek. – Mucha – potwierdził Igor. Przez kilka następnych dni musieliśmy z Matką przekonywać małego, że powinien uwierzyć nam, a nie wujkowi Neo, i że mimo wszystko ma na imię Igor. Potem nauczyliśmy go kilku następnych słów i znów odwiedził nas wujek Neo. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę, bowiem na jego cześć nauczyliśmy Igora między innymi słowa „wujek”. – Powiedz „wujek” – poprosiłem małego. – Mucha – odpowiedział natychmiast.
Albowiem słowo wypowiedziane w złej intencji niechybnie wraca do mówiącego i obraca się na jego niekorzyść, tak, jak piłka wraca na pole karne polskiej reprezentacji po każdym nieudolnie skonstruowanym ataku pozycyjnym, i wpada do bramki.
Zanim Matka Mojego Dziecka weszła do łazienki hotelowego pokoju, prasowała spodnie, a deskę do prasowania zostawiła obok rozsuwanych drzwi toalety. Zamknąwszy je za sobą strąciła deskę, która zablokowała drzwi. Na szczęście udało się je trochę je uchylić, potem Matka zwiniętym ręcznikiem strąciła ze stołu telefon komórkowy, w który zdążyła chwilę wcześniej wbić numer jednej z dziesięciu finalistek konkursu kulinarnego, mieszkającej w pokoju obok, i zdołała dosięgnąć aparatu. Odzyskała wolność.
Do warszawskiego hotelu Jan III Sobieski trafiła wysyłając na konkurs przepis z bakłażana i choć stanęła w szranki z kilkoma tysiącami konkurentek, dostała się do dziesięcioosobowego finału, podczas którego importowany z Francji telewizyjny kucharz Pascal Brodnicki miał wskazać zwyciężczynię. Nie było to jednak jedyne zadanie, które czekało go tego wieczora, bo Matka Mojego Dziecka została zobowiązana przez wujka fsh do uwiecznienia na zdjęciu Pascala i Boruty. Przekonała Francuza do tej idei powołując się na krasnala z filmu „Amelia”, fotografowanego w różnych dziwnych miejscach. Pascal zgodził się, Matka wyciągnęła Borutę. – Ale to nie krasnal, to furby – powiedział kucharz. – To nie furby, to Boruta – oburzyła się Matka.
Ogólnopolski konkurs, na który napłynęły zgłoszenia z każdego zakątka kraju, wygrała dziewczyna mieszkająca na sąsiedniej ulicy w naszym mieście, co więcej, kiedyś mieszkaliśmy w kamienicy obok niej.
Dziwny jest ten świat.
Ja dziwię się tym bardziej, że kiedy kilka lat temu poznałem Matkę Mojego Dziecka i odwiedziłem ją pierwszy raz, zorientowałem się, że celowo wynajęła mieszkanie, które miało tylko wnękę kuchenną, a we wnęce nie było nic poza kilkoma zakurzonymi, nieużywanymi garnkami. – Byt określa świadomość – mawiał pewien klasyk, a starzy Chińczycy dodają: „Jesz, kiedy jesteś głodny, ale gotujesz naprawdę dobrze tylko wtedy, kiedy nie jesz sam”.
Starogercki mit głosi, ze kiedyś byliśmy istotami kompletnymi, dwupłciowymi, mieliśmy dwie głowy, cztery ręce i nogi. Byliśmy samowystarczalni, nie potrzebowaliśmy nikogo, ani niczego. Dlatego bogowie przelękli się naszej potęgi, woleli jednak, żebyśmy czegoś pragnęli, od czegoś zależeli, więc podzielili nas na połówki. Od tego czasu każdy szuka swojej drugiej części. Taką definicję miłości podaje na przykład Platon (oczywiście ustami Sokratesa) w „Uczcie”.
- Nie kupuję tej historii – mówi Matka Mojego Dziecka. – Mężczyzna i kobieta nie wytrzymaliby ze sobą, gdyby musieli. A już na pewno potem nie tęskniliby.
Myślę jednak, że można ten mit zinterpretować w jeszcze inny sposób. Bo przecież takie czterorękie stwory mogły jednocześnie zmywać i karmić dziecko, były więc rzeczywiście samowystarczalne, bardziej kompletne.